Witajcie moi kochani. Jest nowy rozdział i zapraszam do czytania. Na dole znajdziecie ślicznego gifa, którego przypadkowo znalazłam :)
Cysia
Lekki podmuch jesiennego wiatru wtargnął do Skrzydła Szpitalnego budząc przy tym Narcyzę. Kilka kolorowych liści spadło na podłogę. Black uśmiechnęła się i wtuliła mocniej w kołdrę. Wspomnienia z poprzedniej nocy ciągle mieszały się w jej głowie. Nie mogła uwierzyć w to, co zrobiła. Z jednej strony tak bardzo tego pragnęła, że nie zamieniłaby tego na nic innego, a z drugiej wiedziała, że źle postąpiła. Cała się otworzyła przed Lucjuszem, a zgodnie z etykietą powinna się sprzeciwić. Jej rodzice nie byliby z tego zadowoleni, nie, byliby wściekli. Dostałaby szlaban na nie wiadomo jak długo. Rozmyślania przerwał jej głos młodziutkiej Poopy Pomfrey- pielęgniarki w Hogwarcie.
- Panno Black sądzę, że powinnaś się już przygotować do opuszczenia Skrzydła Szpitalnego.- zasugerowała szybko. Narcyza niemal natychmiast podniosła się z łóżka. Ta informacja zdecydowanie ją zaskoczyła. Tak naprawdę to przesiedziała, a właściwie przeleżała bezczynnie prawie półtora miesiąca, wraz z miesięczną śpiączką. Nie mogła uwierzyć, że za chwilkę ponownie będzie mogła ujrzeć wszystkich swoich znajomych, przywitać się z nimi, pogadać tyle ile będzie chciała, a nie pod nadzorem Pomfrey. – Wczorajsza dawka eliksiru była ostatnią jaką ci podałam. Wszystkie twoje rzeczy zostały z powrotem przeniesione do dormitorium, które dzielisz wraz z koleżankami. Jest godzina ósma, a więc myślę, że spokojnie zdążysz na lekcje, które odbywają się po obiedzie. – w tym momencie pielęgniarka zamyśliła się na chwilkę- Lecz jeśli nie chcesz na nie iść to i tak zwolniłam cię już u wszystkich. – powiedziała z uśmiechem i pozostawiła uczennicę samą. Black, co tchu nałożyła przygotowaną już wcześniej przez Poopy szatę i była gotowa do wyjścia po pół godzinie. Stanęła przy drzwiach Skrzydła i bez wahania je otworzyła. Całemu temu zdarzeniu przypatrywała się Pomfrey. To, co stało się wczorajszej nocy nie było dla niej tajemnicą. Widziała jak nastolatkowie wymykają się cicho z Sali i udają się na Błonia. Śmiała się w duchu z tej głupiej miłości jakiej oboje nie chcieli do siebie przyznać. Nie mogli. To było wbrew dworskiej etykiecie czystokrwistych. „Pewnie są już komuś obiecani jak to bywa w takich rodzinach, a szanse są nikłe, aby właśnie sobie.”- pomyślała Poopy i powróciła do ważniejszych zajęć.
♦♦♦
Vivienne biegała teraz po całym dormitorium starając jakoś skompletować swój ubiór na dziś, co graniczyło z cudem. Była 7:50, a za dziesięć minut miała rozpocząć się pierwsza lekcja, czyli transmutacja. Jej budzik dziwnym trafem dziś nie zadzwonił i wstała dosłownie przed minutą. Związała szybko skołtunione włosy w niedbały kucyk. Była pewna, że nie zdąży. Na samo dotarcie musiała poświęcić przynajmniej pięć minut, a teraz zegarek na jej prawej ręce wskazywał już pięć po ósmej. Szybko podniosła torbę szkolną, leżąca obok komody. Już miała otworzyć drzwi, kiedy jej wzrok spoczął z powrotem na komodzie, na której leżał bukiet wielkich, czerwonych róż. Viv cofnęła się. Wzięła mały bilecik do rąk.
Był oczywiście anonimowy.
Moja Śpiąca Królewno !
Mam nadzieję, że miło się Ci się dziś spało. Wyglądałaś ogromnie słodko. Myślę, że McGonnagal nie będzie taka zła.
Twój jedyny w swoim rodzaju,
Tajemniczy wielbiciel
Vivienne nie mogła uwierzyć własnym oczom. Opamiętała się i pobiegła czym prędzej do klasy transmutacji. Spóźniła się już piętnaście minut. Gdy po chwili weszła do klasy, wszyscy patrzyli się na nią, również profesorka.
- Witamy Panno Brightness . No cóż jak widać nie jesteśmy wystarczająco wyjątkowi, aby przyszła Pani punktualnie na zajęcia. Ile to się Pani spóźniła ? Och dwadzieścia minut. Gratulacje. Zapraszam na szlaban jutro wieczorem. Teraz usiądź na miejsce.
- Ale Pani Profesor jutro jest sobota, nie może Pani…- zaczęła jęczeć Brightness.
- Oczywiście, że mogę. Jestem nauczycielem, nie wiem, czy Pani zapomniała, a teraz proszę usiądź, bo będę zmuszona odjąć Slytherinowi dodatkowe punkty.- powiedziała ostro.
- Nie mam zamiaru przychodzić jutro do Pani gabinetu. Mam ważniejsze sprawy.- odpyskowała blondynka.
- Ach tak Vivienne ? Może się nimi z nami podzielisz ? – zaproponowała z drwiną nauczycielka. Dziewczyna popatrzyła na nią złowrogo. – Tak też myślałam. Wielka szkoda, bardzo chciałam ich wysłuchać, jak za pewne cała klasa. Viv zaczęła powoli kierować się do ławki, gdy McGonnagal rzuciła dobitnie :
- Oczywiście za to malutkie przewinienie zostanie Pani nagrodzona drobną karą. Odejmuję Slytherinowi 10 punktów za świadome naginanie regulaminu szkoły, następne 10 za przeciwstawienie się nauczycielowi, och no i 5 punktów za naumyślne przeszkadzanie w lekcji. Brawo Brightness, toż to nie lada wyczyn. – rzekła i uśmiechnęła się.
Vivienne była zmuszona usiąść obok Greengrass, która nie była zbytnio zadowolona z tego faktu. Zapowiada się długi dzień, a dodatkowo wszyscy profesorowie zadawali im tony pracy domowej i nauki. Miała nadzieję, że w końcu ( chyba po raz pierwszy w tym roku ) spędzi sobotę bez nauki, a jednak się myliła. Czekały ją kilka miłych godzinek z towarzystwem, jakże uroczej Minerwy McGonnagal. Już nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać.
♦♦♦
Tymczasem Narcyza Black spacerowała spokojnie po Błoniach. Tak naprawdę to nie musiała być teraz na lekcjach, gdyż do końca tego dnia była zwolniona przez pielęgniarkę Poopy Pomfrey. Mogła swobodnie cieszyć się z wszechobecnej jesieni, której przyjście przegapiła będąc w śpiączce. Wiatr delikatnie falował jej spłowiałe, bardzo jasne blond włosy, które ogrzewały teraz ciepłe promienie słońca. W powietrzu czuć było świeży zapach kwiatów, który również czuła rano. Wpatrywała się teraz w piękny krajobraz otaczający Hogwart, wsłuchiwała się w kołyszący ją szum wierzby pod, którą teraz siedziała. W końcu wstała i za zaczęła powoli spacerować, aż w końcu ni stąd ni zowąd znalazła się w obrzeżach Zakazanego Lasu. Bez wachania weszła do niego. Słońce znikło i wszędzie zrobiło się mrocznie. Co jakiś czas słyszała za sobą chrzęst złamanej gałęzi, a wtedy po całym jej ciele rozchodziła się gęsia skórka. W pewnej chwili Cyzia usłyszała cichy skowyt jakiejś istoty. Była jeszcze bardziej przerażona. Nie wiedziała, co robić. Pójść dalej, gdzie, możliwe, że znajdzie śmierć, a może sprawdzić, kim lub czym jest to stworzenie. Maluteńka część jej ciała prowadziła ją do przodu i po kilku minutach ujrzała przed sobą stworzenie wielkości konia. Miało wielkie, cudowne skrzydła o brązowym kolorze. Przypominał trochę orła, lecz kończyny i zad miał jak koń. Narcyza patrzyła zachwycona tym jakże pięknym stworem.
- To przecież hipogryf. Najprawdziwszy hipogryf.- Black nie mogła uwierzyć własnym oczom. Jeszcze nigdy w życiu nie widziała hipogryfa, lecz wiele razy o nich słyszała. Jednak, gdy zaczęła przypatrywać się bardziej zwierzęciu zobaczyła, że jedna z jego tylnych nóg krwawi. Hipogryf był wychudły i słaby. Narcyza podeszła do niego i uklękła. Przestraszyła się, gdy nagle istota otworzyła wielkie pomarańczowe oczy. Dziewczyna ukłoniła się lekko. Zwierzę podniosło się na chwilę, poczym znów upadło. Blondynka wyciągnęła z kieszeni szaty długą chustkę i próbowała opatrzeć głęboką ranę. Udało jej się to i następnie poszła szukać wody, gdyż była niemal, że pewna, iż stworzenie jest odwodnione. Nie długo po tym hipogryf pił już łapczywie czysty napój. Narcyza patrzyła ze wzruszeniem na to zwierzę. Zrobiła wszystko co w jej mocy, jednak wiedziała, że to i tak zamało i musi je uratować. Zamierzała mu pomóc i zdobyć tyle informacji na jego temat ile się dało. Jednak musiała działać dyskretnie. Nikt poza nią nie mógł wiedzieć, po co chodzi do Zakazanego Lasu. Black powoli zaczęła zdawać sobie sprawę, że z biegiem czasu to zacznie być bardzo trudne.
♦♦♦
Vivienne jak najprędzej opuściła salę do transmutacji. Już chyba gorzej być nie mogło. Szlaban u profesor McGonnagal spadł jej doprawdy jak z nieba. Michelus chciał ją jakoś rozweselić, lecz bez skutku. Szła korytarzem i co chwila zderzała się z jakimś uczniem. Wszyscy zmierzali ku Wielkiej Sali, gdyż nastała pora obiadu. Wreszcie ujrzała wielkie wrota. Młodzież wyglądała teraz jak morze mrówek chcących gdzieś przejść. To było zabawne, lecz wśród tych wielu małych mrówek jedna była inna, zwracała na siebie uwagę. Viv szybko go znalazła i chciała się uśmiechnąć, lecz uśmiech zszedł jej z twarzy. Syriusz Black na jej oczach obściskiwał się z jakąś mugolaczką. Jej Syriusz Black. Vivienne posmutniała, ale po kilku sekundach słabości wzięła się w garść.
- Przecież to tylko Black liże się z jakąś dziwką. Nie jest ciebie wart. – pocieszała się sama. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Niby nie byli ze sobą, ani nawet nie miała pewności, że Syriusz rzeczywiście się w niej zakochał, ale nie mogła tego wytrzymać. Myślała, że pocałunek w Wielkiej Sali kilka tygodni temu coś znaczył, ale chyba się pomyliła. Chciała teraz odciągnąć tą idiotkę od chłopaka, a jego samego spoliczkować. A może i nie ? Teraz nie miała ochoty na myślenie.
Przy wejściu dopadła ją Alecto, Amycus, Regulus, Lucjusz, Michelus i inni jej koledzy. Razem zasiedli do stołu. Carrow zabawiał wszystkich popularnymi żartami. Brightness prawie w ogóle nie tknęła jedzenia, a gdy przyszła pora deseru, widząc lody, które tak po prostu spoczywały na stole, nie mogła się im oprzeć. Swój smutek utopiła w kilku czekoladowych gałkach pokrytych wielką ilością bitej śmietany. Kiedy napchała sobie do buzi kilka lub nawet kilkanaście łyżeczek lodów ( pamiętajmy, że wyglądała wtedy jak chomik), zobaczyła szczęście na twarzach swych przyjaciół. Wszyscy wpatrywali się w miejsce za nią. Po chwili poczuła na swoich powiekach ciepły dotyk czyichś rąk. Szybko odwróciła się i ku jej zdziwieniu zobaczyła patrzącą na nią niebieskooką blondynkę. Uśmiechała się ona do niej promienienie, a potem mocno ją przytuliła.
- Jej Cyziu jak dobrze, że wróciłaś.- powiedziała szczerze jej przyjaciółka i zaczęły ze sobą rozmawiać.
