sobota, 12 lipca 2014
Rozdział VIII- Prawda boli
Po dłuższej chwili dziewczyna wstała od stołu i popatrzyła na Vivienne. Dla tej niemal oczywistym było, że Narcyza pragnie jak najprędzej wyjść z Wielkiej Sali z niewiadomych jej jeszcze powodów. Obie przygładziły spódnice i praktycznie bez słowa pożegnania opuściły uczniów ze swojego Domu. Mijały za sobą śpieszących się jeszcze uczniów, aby zjeść jakieś resztki z pyszności, które pozostały na stole, albo tych, którzy tak samo jak one nie miały już ochoty na dalsze bezczynne, poobiednie siedzenie przy stole. Kiedy tak szły oczy praktycznie większośći siedzących spoczywały na nich, a głównie na Narcyzie. W końcu to ona po dość długiej nieobecności wreszcie pojawiła się cała, zdrowa i jak zwykle zabójczo piękna.
Po przekroczeniu drzwi Brightness spojrzała badawczo na przyjaciółkę. Jej spojrzenie przeszywało Narcyzę na wylot, lecz ona tylko się roześmiała.
- O co ci chodzi Vivienne ? Jeśli sądzisz, że cokolwiek się wydarzyło to niestety się mylisz.- oznajmiła rozbawiona Black. – Po prostu jestem tak bardzo zmęczona, że za chwilę rąbnę na podłogę uwierz mi.
- Och doprawdy ? Czyżby twoje zachowanie nie jest spowodowane niejakim Lucjuszem Malofy’em ? - dopytywała się Vivienne poważnym tonem, który jednak nie krył zbyt dobrze ciągłego chichotu z jej strony.
- Ależ skądże! – zaprzeczyła Cyzia już prawie krztusząc się ze śmiechu.- Ja i pan Malfoy utrzymujemy czysto koleżeńskie kontakty !
- Kłamczucha!- krzyknęła Viv poczym objęła Black za szyję i wystawiła język.
♦♦♦
Alecto Carrow po dość ciężkim dniu i obiedzie w Wielkiej Sali zmierzała samotnie do swego dormitorium. Wreszcie nadszedł jej ulubiony dzień tygodnia- piątek. Dzień bez nauki i wolny od wszelkich popołudniowych obowiązków. Zamierzała go w pełni spędzić z przyjaciółmi. Spodziewała się też tego dnia imprezy, gdyż Narcyza Black jej jedna z najbliższych przyjaciółek powróciła do zdrowia. Poza tym Amycus i Michelus, którzy normalnie poszliby wraz z nią do Pokoju Wspólnego, dziś zniknęli po posiłku prawdopodobnie po to, aby zorganizować potrzebne rzeczy i przekąski na przyjęcie. Carrow nie przejęła się tym zbytnio. Podążała spokojnie w wyznaczone miejsce. Ku jej zdziwieniu ten nieskazitelny spokój piątkowego popołudnia został brutalnie przerwany przez najmniej spodziewanego gościa.
- A kogo ja widzę ? Czy to ta wyjątkowa Alecto Carrow ? Cóż za spotkanie! – powiedział donośnie siedzący na kamiennych schodach nie kto inny, jak nieznośny Gryfon - James Potter. Wyglądał naprawdę cudownie i nie jedna dziewczyna marzyłaby o takim widoku. Jego długa, kruczoczarna i lekko kręcona grzywka opadała na twarz, a z idealnie dobranych do niego okularów patrzyły na świat nieziemskie czekoladowe oczy. Chłopak posiadał również zniewalający śnieżnobiały uśmiech, który natychmiast oczarował Alecto, lecz ta dość szybko się opanowała i przywróciła do porządku. Nie może ukazać żadnych uczuć wobec niego. No może te najgorsze.
- Potter.- powiedziała dziewczyna, jakby było to najokropniejsze słowo na całym świecie.
- Odpowiedz mi czy ja zasłużyłem na spotkanie takiego cudu stąpającego po ziemi ? – wypowiedział dobitnie to zdanie, a potem ukłonił się przed nią nisko.
- Skończ te gierki dobrze ? Nie mam zamiaru się w nie bawić. Dorośnij trochę.- podsumowała Carrow i odwróciła się od niego.
- Dlaczego jesteś znowu taka opryskliwa moja droga ? Po co te nerwy ? Chciałem zamienić z tobą parę zdań. Mam nadzieję, że się nie obrazisz.- usłyszała za swoimi plecami.
- Naprawdę ? Jakoś zbytnio ci nie wierzę. A właśnie, co się stało z twoją miłością życia, Lily Evans ? Znów dostałeś od niej kosza. Oj ty biedaku.- wyśmiała go Ecto i znów ruszyła szybko przed siebie.
- Dobry żart Carrow. Serio był niezły, ale Evans w końcu będzie moja, zobaczysz.- powiedział pewnie.
- Chciałbyś. Nie dorastasz jej do pięt- ten komentarz wzbudził złość w chłopaku i szybko starał się wyszukać dobrej riposty, która utarłaby nos Ślizgonce. - Od kiedy czystokrwiści wyrażają się pozytywnie o mugolakach Carrow ?
- Czystość krwi to nie wszystko James. Musisz się jeszcze nauczyć wielu rzeczy.
- Powiedz to swojemu bratu oraz jego kolegom.- Alecto odwróciła się w jego stronę. Zupełnie nie spodziewała się takiego komentarza z jego strony. Krew odpłynęła z jej twarzy i zrobiło jej się gorąco. Miała ochotę zbić mu tę śliczną twarzyczkę na kwaśne jabłko. Jak on śmiał?! Nikt nie będzie obrażał jej przyjaciół, a co dopiero rodzonego brata! Podeszła do niego bliżej. Powstrzymała się od wypowiedzenia przekleństwa w jego stronę. Musi zachować powagę i obojętność. Podniosła podbródek do góry i odrzuciła kosmyk włosów za ucho.
- Coś się stało Carrow? Prawda boli uwierz mi. Nawet nie wiesz co się dzieje za twoimi plecami. – powiedział troskliwym, lecz udawanym tonem.
- Czas już na mnie Potter. – pożegnała się z nim nawet nie zaszczycając go spojrzeniem.
♦♦♦
Druella Rosier po kilku tygodniach odpoczynku w domu swej kuzynki wróciła do mieszkania jej męża. Formalnie było też jej, lecz ona zupełnie nie czuła się tu bezpiecznie. Wszystko było takie obce, wręcz straszne. Nie, zdecydowanie nie czuła się tu dobrze. Ponadto niby skrzaty sprawowały opiekę nad czystością, aczkolwiek raczej nie było tego widać. Jej małżonkowi nie przeszkadzał brud, kurz i ogólny syf panujący w całym, calusieńkim domu i w każdym jego zakamarku. Nie miała też pojęcia jak Cygnus mógł przetrwać bez niej cały miesiąc. Bez pomocy tych małych, ohydnych stworzeń pewnie już umierał z głodu. Najchętniej Druella wyprowadziłaby się od męża- tyrana. Jak zwał tak zwał. Niestety nie było takiej opcji. Musiała radzić sobie sama. Nie darzyła swojego partnera żadnym uczuciem, a jednak umiała zachować godność i nie zdradzała go tak jak on z każdą napotkaną dziewczyną.
Czy było jej przykro ? Może. Po kilku latach się przyzwyczaiła.
Kobieta stanęła w przedpokoju, a w nim niemal od razu pojawił się skrzat, na którego rzuciła wielkie i ciężkie futro. Możliwe, że mogło ono zmiażdżyć małe stworzenie, lecz dla niej było to bez znaczenia.
- Obiad ma być gotowy za piętnaście minut, podany tak jak lubię.- rozkazała od niechcenia. Już po chwili w tym całym labiryncie korytarzy odnalazła gabinet Cygnusa Black’a. Zapukała cicho. Nie usłyszała żadnej odmowy ze strony mężczyzny, a więc powoli nacisnęła na klamkę. Widok, który ujrzała niemalże spowodował odruch wymiotny u kobiety. Jej jakże wierny partner całował namiętnie jakąś małolatę, która znalazła się tu prawdopodobnie przez przypadek. Po chwili jego wzrok przeniósł się na Druellę, która stała nieruchomo opierając się o ścianę. Zaprzestał wcześniejszej czynności i szybko odesłał dziewczynę.
- Przepraszam, że przeszkadzam. – wydusiła z siebie i już miała otworzyć drzwi, gdy poczuła silne szarpnięcie w okolicach nadgarstka.
- Wróciłaś do domu. Dawno cię tu nie widziałem. - Cygnus ujrzał przerażenie w oczach Druelli. Uwielbiał to uczucie, kiedy wiedział, że króluje nad wszystkimi, kiedy to on był panem sytuacji. Przytwierdził swe wargi do ust żony. Błądził dłońmi po jej ciele, które z biegiem czasu i tak pozostawało w bardzo dobrej formie.
- Zostaw mnie. Nie zamało ci jeszcze po tym, co zrobiłeś tej dziewczynie ? Jesteś obleśny. Nienawidze cię. – kobieta zdobyła się na odwagę, a by wypowiedzieć to, co od dawna krążyło jej po głowie.
Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Poczuła, że Cygnus ostro popchnął ją do przodu, a ona potrącając przy tym wielki szklany wazon, który oczywiście się rozbił, upada z hukiem na podłogę. Jej mąż zaczął krzyczeć, lecz nic już nie słyszała. Przeszywał ją niesamowity bół spowodowany kolejnymi mocnymi uderzeniami Black’a. Błagała, aby przestał, lecz on tylko delektował się jej cierpieniem. Wreszcie nadeszła chwila, gdzie Druella nie słyszała już nic, a ból odsunął się od niej. Straciła przytomność.
piątek, 25 kwietnia 2014
Liebster Award
Jednak jestem mega ogromnie szczęśliwa, bo zostałam nominowana przez Annie Lynch do nagrody Liebster Award,oczywiście bardzo za to dziękuje. Nie muszę chyba wyjaśniać o co biega tylko przejdę od razu do odpowiedzi na pytania.
1. Co lubisz robić w wolnym czasie?
2. Co wolisz: książkę, czy film? Dlaczego?
3. Kto jest w twoim życiu najważniejszy?
4. Gdzie chciałabyś się teraz znaleźć?
5. Czego nie lubisz robić?
6. Czego się najbardziej boisz?
7. Dlaczego założyłaś bloga?
8. Czy masz kogoś, kogo stawiasz sobie za wzór do naśladowania?
9. Masz jakieś motto życiowe? Jakie?
10. Co wolisz: stać przed czy za obiektywem?
Odpowiedzi :
1. Jak sądzę u każdego tego czasu wolnego jest mało i tak samo jest u mnie. Jeśli już czasem uda mi się go mieć to zwykle gdzieś wychodzę.
2. Odpowiedź jest oczywista : książka. Nie będę nawet wspominać, że prawie zawsze, gdy jakaś powieść jest ekranizowana to wychodzi to gorzej niż było napisane. Samo oglądanie filmów jakoś do mnie nie przemawia, owszem oglądnę jakiś film, lecz chętniej coś sobie poczytam.
3. Przyjaciele.
4. Biorąc pod uwagę to, że zaraz czeka mnie lekcja fortepianu i nie jestem jakoś specjalnie przygotowana, to jak najdalej stąd.
5. Sprzątać.
6. Wizji, że z czymś sobie nie poradzę.
7. Od dawna czytam mnóstwo blogów o tematyce HP i jakoś tak wyszło samo z siebie, że zaczęłam pisać, nic nadzwyczjanego.
8. Moi rodzice.
9. Niestety nie mam.
10. Szczerze to ani tu ani tu.
Nominowani :
1. Asia A&J
2.Lili Potter
3. Aleksandra Lestrange
4.Lumos Odair
Pytania:
1.Jaka jest twoja ulubiona książka ?
2.Co skłoniło się do rozpoczęcia pisania bloga ?
3.Czy znasz jakąś piosenkę, która odzwierciedla twojego bloga ?
4.Jaka jest twoja ulubiona postać z książki ?
5.Którą ze stworzonych postaci lubisz najbardziej ?
6.Opisz siebie w 3 słowach.
7.Czego nie lubisz w ludziach ?
8.Ulubiona postać fikcyjna.
9.Wymarzona praca.
10.Osoba, którą podziwiasz.
11.Co cię inspiruje w prowadzeniu bloga ?
piątek, 21 marca 2014
Rozdział VII - Tajemniczy list i wielki powrót
Cysia
Lekki podmuch jesiennego wiatru wtargnął do Skrzydła Szpitalnego budząc przy tym Narcyzę. Kilka kolorowych liści spadło na podłogę. Black uśmiechnęła się i wtuliła mocniej w kołdrę. Wspomnienia z poprzedniej nocy ciągle mieszały się w jej głowie. Nie mogła uwierzyć w to, co zrobiła. Z jednej strony tak bardzo tego pragnęła, że nie zamieniłaby tego na nic innego, a z drugiej wiedziała, że źle postąpiła. Cała się otworzyła przed Lucjuszem, a zgodnie z etykietą powinna się sprzeciwić. Jej rodzice nie byliby z tego zadowoleni, nie, byliby wściekli. Dostałaby szlaban na nie wiadomo jak długo. Rozmyślania przerwał jej głos młodziutkiej Poopy Pomfrey- pielęgniarki w Hogwarcie.
- Panno Black sądzę, że powinnaś się już przygotować do opuszczenia Skrzydła Szpitalnego.- zasugerowała szybko. Narcyza niemal natychmiast podniosła się z łóżka. Ta informacja zdecydowanie ją zaskoczyła. Tak naprawdę to przesiedziała, a właściwie przeleżała bezczynnie prawie półtora miesiąca, wraz z miesięczną śpiączką. Nie mogła uwierzyć, że za chwilkę ponownie będzie mogła ujrzeć wszystkich swoich znajomych, przywitać się z nimi, pogadać tyle ile będzie chciała, a nie pod nadzorem Pomfrey. – Wczorajsza dawka eliksiru była ostatnią jaką ci podałam. Wszystkie twoje rzeczy zostały z powrotem przeniesione do dormitorium, które dzielisz wraz z koleżankami. Jest godzina ósma, a więc myślę, że spokojnie zdążysz na lekcje, które odbywają się po obiedzie. – w tym momencie pielęgniarka zamyśliła się na chwilkę- Lecz jeśli nie chcesz na nie iść to i tak zwolniłam cię już u wszystkich. – powiedziała z uśmiechem i pozostawiła uczennicę samą. Black, co tchu nałożyła przygotowaną już wcześniej przez Poopy szatę i była gotowa do wyjścia po pół godzinie. Stanęła przy drzwiach Skrzydła i bez wahania je otworzyła. Całemu temu zdarzeniu przypatrywała się Pomfrey. To, co stało się wczorajszej nocy nie było dla niej tajemnicą. Widziała jak nastolatkowie wymykają się cicho z Sali i udają się na Błonia. Śmiała się w duchu z tej głupiej miłości jakiej oboje nie chcieli do siebie przyznać. Nie mogli. To było wbrew dworskiej etykiecie czystokrwistych. „Pewnie są już komuś obiecani jak to bywa w takich rodzinach, a szanse są nikłe, aby właśnie sobie.”- pomyślała Poopy i powróciła do ważniejszych zajęć.
♦♦♦
Vivienne biegała teraz po całym dormitorium starając jakoś skompletować swój ubiór na dziś, co graniczyło z cudem. Była 7:50, a za dziesięć minut miała rozpocząć się pierwsza lekcja, czyli transmutacja. Jej budzik dziwnym trafem dziś nie zadzwonił i wstała dosłownie przed minutą. Związała szybko skołtunione włosy w niedbały kucyk. Była pewna, że nie zdąży. Na samo dotarcie musiała poświęcić przynajmniej pięć minut, a teraz zegarek na jej prawej ręce wskazywał już pięć po ósmej. Szybko podniosła torbę szkolną, leżąca obok komody. Już miała otworzyć drzwi, kiedy jej wzrok spoczął z powrotem na komodzie, na której leżał bukiet wielkich, czerwonych róż. Viv cofnęła się. Wzięła mały bilecik do rąk.
Był oczywiście anonimowy.
Moja Śpiąca Królewno !
Mam nadzieję, że miło się Ci się dziś spało. Wyglądałaś ogromnie słodko. Myślę, że McGonnagal nie będzie taka zła.
Twój jedyny w swoim rodzaju,
Tajemniczy wielbiciel
Vivienne nie mogła uwierzyć własnym oczom. Opamiętała się i pobiegła czym prędzej do klasy transmutacji. Spóźniła się już piętnaście minut. Gdy po chwili weszła do klasy, wszyscy patrzyli się na nią, również profesorka.
- Witamy Panno Brightness . No cóż jak widać nie jesteśmy wystarczająco wyjątkowi, aby przyszła Pani punktualnie na zajęcia. Ile to się Pani spóźniła ? Och dwadzieścia minut. Gratulacje. Zapraszam na szlaban jutro wieczorem. Teraz usiądź na miejsce.
- Ale Pani Profesor jutro jest sobota, nie może Pani…- zaczęła jęczeć Brightness.
- Oczywiście, że mogę. Jestem nauczycielem, nie wiem, czy Pani zapomniała, a teraz proszę usiądź, bo będę zmuszona odjąć Slytherinowi dodatkowe punkty.- powiedziała ostro.
- Nie mam zamiaru przychodzić jutro do Pani gabinetu. Mam ważniejsze sprawy.- odpyskowała blondynka.
- Ach tak Vivienne ? Może się nimi z nami podzielisz ? – zaproponowała z drwiną nauczycielka. Dziewczyna popatrzyła na nią złowrogo. – Tak też myślałam. Wielka szkoda, bardzo chciałam ich wysłuchać, jak za pewne cała klasa. Viv zaczęła powoli kierować się do ławki, gdy McGonnagal rzuciła dobitnie :
- Oczywiście za to malutkie przewinienie zostanie Pani nagrodzona drobną karą. Odejmuję Slytherinowi 10 punktów za świadome naginanie regulaminu szkoły, następne 10 za przeciwstawienie się nauczycielowi, och no i 5 punktów za naumyślne przeszkadzanie w lekcji. Brawo Brightness, toż to nie lada wyczyn. – rzekła i uśmiechnęła się.
Vivienne była zmuszona usiąść obok Greengrass, która nie była zbytnio zadowolona z tego faktu. Zapowiada się długi dzień, a dodatkowo wszyscy profesorowie zadawali im tony pracy domowej i nauki. Miała nadzieję, że w końcu ( chyba po raz pierwszy w tym roku ) spędzi sobotę bez nauki, a jednak się myliła. Czekały ją kilka miłych godzinek z towarzystwem, jakże uroczej Minerwy McGonnagal. Już nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać.
♦♦♦
Tymczasem Narcyza Black spacerowała spokojnie po Błoniach. Tak naprawdę to nie musiała być teraz na lekcjach, gdyż do końca tego dnia była zwolniona przez pielęgniarkę Poopy Pomfrey. Mogła swobodnie cieszyć się z wszechobecnej jesieni, której przyjście przegapiła będąc w śpiączce. Wiatr delikatnie falował jej spłowiałe, bardzo jasne blond włosy, które ogrzewały teraz ciepłe promienie słońca. W powietrzu czuć było świeży zapach kwiatów, który również czuła rano. Wpatrywała się teraz w piękny krajobraz otaczający Hogwart, wsłuchiwała się w kołyszący ją szum wierzby pod, którą teraz siedziała. W końcu wstała i za zaczęła powoli spacerować, aż w końcu ni stąd ni zowąd znalazła się w obrzeżach Zakazanego Lasu. Bez wachania weszła do niego. Słońce znikło i wszędzie zrobiło się mrocznie. Co jakiś czas słyszała za sobą chrzęst złamanej gałęzi, a wtedy po całym jej ciele rozchodziła się gęsia skórka. W pewnej chwili Cyzia usłyszała cichy skowyt jakiejś istoty. Była jeszcze bardziej przerażona. Nie wiedziała, co robić. Pójść dalej, gdzie, możliwe, że znajdzie śmierć, a może sprawdzić, kim lub czym jest to stworzenie. Maluteńka część jej ciała prowadziła ją do przodu i po kilku minutach ujrzała przed sobą stworzenie wielkości konia. Miało wielkie, cudowne skrzydła o brązowym kolorze. Przypominał trochę orła, lecz kończyny i zad miał jak koń. Narcyza patrzyła zachwycona tym jakże pięknym stworem.
- To przecież hipogryf. Najprawdziwszy hipogryf.- Black nie mogła uwierzyć własnym oczom. Jeszcze nigdy w życiu nie widziała hipogryfa, lecz wiele razy o nich słyszała. Jednak, gdy zaczęła przypatrywać się bardziej zwierzęciu zobaczyła, że jedna z jego tylnych nóg krwawi. Hipogryf był wychudły i słaby. Narcyza podeszła do niego i uklękła. Przestraszyła się, gdy nagle istota otworzyła wielkie pomarańczowe oczy. Dziewczyna ukłoniła się lekko. Zwierzę podniosło się na chwilę, poczym znów upadło. Blondynka wyciągnęła z kieszeni szaty długą chustkę i próbowała opatrzeć głęboką ranę. Udało jej się to i następnie poszła szukać wody, gdyż była niemal, że pewna, iż stworzenie jest odwodnione. Nie długo po tym hipogryf pił już łapczywie czysty napój. Narcyza patrzyła ze wzruszeniem na to zwierzę. Zrobiła wszystko co w jej mocy, jednak wiedziała, że to i tak zamało i musi je uratować. Zamierzała mu pomóc i zdobyć tyle informacji na jego temat ile się dało. Jednak musiała działać dyskretnie. Nikt poza nią nie mógł wiedzieć, po co chodzi do Zakazanego Lasu. Black powoli zaczęła zdawać sobie sprawę, że z biegiem czasu to zacznie być bardzo trudne.
♦♦♦
Vivienne jak najprędzej opuściła salę do transmutacji. Już chyba gorzej być nie mogło. Szlaban u profesor McGonnagal spadł jej doprawdy jak z nieba. Michelus chciał ją jakoś rozweselić, lecz bez skutku. Szła korytarzem i co chwila zderzała się z jakimś uczniem. Wszyscy zmierzali ku Wielkiej Sali, gdyż nastała pora obiadu. Wreszcie ujrzała wielkie wrota. Młodzież wyglądała teraz jak morze mrówek chcących gdzieś przejść. To było zabawne, lecz wśród tych wielu małych mrówek jedna była inna, zwracała na siebie uwagę. Viv szybko go znalazła i chciała się uśmiechnąć, lecz uśmiech zszedł jej z twarzy. Syriusz Black na jej oczach obściskiwał się z jakąś mugolaczką. Jej Syriusz Black. Vivienne posmutniała, ale po kilku sekundach słabości wzięła się w garść.
- Przecież to tylko Black liże się z jakąś dziwką. Nie jest ciebie wart. – pocieszała się sama. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Niby nie byli ze sobą, ani nawet nie miała pewności, że Syriusz rzeczywiście się w niej zakochał, ale nie mogła tego wytrzymać. Myślała, że pocałunek w Wielkiej Sali kilka tygodni temu coś znaczył, ale chyba się pomyliła. Chciała teraz odciągnąć tą idiotkę od chłopaka, a jego samego spoliczkować. A może i nie ? Teraz nie miała ochoty na myślenie.
Przy wejściu dopadła ją Alecto, Amycus, Regulus, Lucjusz, Michelus i inni jej koledzy. Razem zasiedli do stołu. Carrow zabawiał wszystkich popularnymi żartami. Brightness prawie w ogóle nie tknęła jedzenia, a gdy przyszła pora deseru, widząc lody, które tak po prostu spoczywały na stole, nie mogła się im oprzeć. Swój smutek utopiła w kilku czekoladowych gałkach pokrytych wielką ilością bitej śmietany. Kiedy napchała sobie do buzi kilka lub nawet kilkanaście łyżeczek lodów ( pamiętajmy, że wyglądała wtedy jak chomik), zobaczyła szczęście na twarzach swych przyjaciół. Wszyscy wpatrywali się w miejsce za nią. Po chwili poczuła na swoich powiekach ciepły dotyk czyichś rąk. Szybko odwróciła się i ku jej zdziwieniu zobaczyła patrzącą na nią niebieskooką blondynkę. Uśmiechała się ona do niej promienienie, a potem mocno ją przytuliła.
- Jej Cyziu jak dobrze, że wróciłaś.- powiedziała szczerze jej przyjaciółka i zaczęły ze sobą rozmawiać.
środa, 12 lutego 2014
Rozdział VI- Nocna przechadzka
„Odsunął powoli zasłonę, jakby bał się co tam ujrzy. Siedziała prosto na łóżku, malując paznokcie u rąk na czarny kolor. Nuciła pod nosem piosenkę. Po chwili jej oczy spoczęły na Lucjuszu. Chwile mu się przypatrzyła i zmrużyła oczy. Uśmiechnęła się do niego szczerze i skinęła na krzesło stojące obok łóżka.
- Przepraszam może to dziwnie zabrzmi, ale kim ty jesteś ?- spytała się najnormalniej w świecie.
Lucjusza zamurowało.”
Odsunął wzrok od dziewczyny i spojrzał na błonia. Wpatrywał się w wielkie pola trawy, boisko do gry w Quidditch’a, wielkie jezioro, uczniów odpoczywających na ławkach, błękitne niebo i jasne słońce. Pomimo tego, że kończył się już październik dni dalej były bardzo ciepłe. Wszystko było tak idealne, nie zauważył żadnej niedoskonałości. Znowu przyjrzał się przez ramię Narcyzie, która była wyraźnie zdziwiona, wręcz zdezorientowana całą sytuacją. Czarny lakier wylewał się po prześcieradle i szybko je barwił, a Cyzia dalej trzymała mały pędzelek w dłoni. Po chwili jakby oprzytomniała, gdyż Lucjusz skarcił ją wzrokiem i odłożyła lakier na miejsce, zamykając go mocno, aby ponownie się nie wylał. Złożyła ręce chcąc je ogrzać. Chłopak widział jak jego ukochana myśli, stara się coś przypomnieć, połączyć wszystkie fakty. Malfoy miał już tego dosyć.
- Brawo Black nabrałaś mnie ! Tak głupi Malfoy się nabrał, ale czy mogłabyś już przestać udawać ?- wykrzyczał jej prosto w twarz. Cyzia lekko podskoczyła. Nie mogła przyjąć do siebie myśli, że blondyn ją wyśmiał, wręcz upokorzył. Popatrzyła na niego złowrogo . Wstała i oczom Lucjusza ukazało się chude i posiniaczone ciało Narcyzy. Podeszła do niego. I to bardzo blisko.
-Kim ty do cholery jesteś? Jak śmiesz się tak do mnie zwracać ?!- Black odwdzięczyła się Lucjuszowi również krzykiem. Potem Lucjusz poczuł ostry ból w okolicach policzków, gdyż Narcyza wymierzyła mu karę za słowa, które do niej skierował.
- Ty mała suko.- popchnął ją na ścianę, a ta jęknęła. Przytrzymał ją za wychudłą szyję, a różdżkę przytwierdził do głowy. Narcyza próbowała się wyrwać z objęć Lucjusza, lecz na marne. Malfoy dostał się do jej myśli. Zobaczył lęk. Strach.
-Jaka ona jest głupia.- pomyślał. Dalej wiercił w jej mózgu, a ona chyba nie wiedząc, co się dzieje pozwalała mu na to. Szukał jakiegokolwiek wspomnienia związanego ze sobą. Choćby małego. I znalazł. Doskonale pamiętał ten dzień, bo to wtedy dziewczyna po raz pierwszy obdarzyła go uśmiechem. Nie tym wykrzywionym grymasem, który prawie zawsze przed nim udawała z racji tego, że czasami chciała być miła, ale tym szczerym.
Retrospekcja:
Był to już prawie koniec drugiego roku Lucjusza w Hogwarcie. Tyle się zdarzyło, zarówno tych dobrych jak i tych złych rzeczy. Nie mógł uwierzyć jak bardzo się zmienił. Nie tylko w wyglądzie, bo trzeba było przyznać, że wyprzystojniał, ale także w poglądach. Uzyskał pozycję prymusa klasy oraz ścigającego w drużynie Ślizgonów. Zacieśnił związki z liczącymi się jego zdaniem i jego rodziców przyjaciółmi. Nagle usłyszał głośne śmiechy jakiś starszych uczniów, a także ciche pojękiwanie znanego mu głosu. Przyspieszył kroku i już po chwili ujrzał Ślizgonkę- blondynkę, o pięknych błękitnych oczach, z pierwszego roku, czyli o rok od niego młodszą. To była Narcyza Black. O tak zdecydowanie ta dziewczyna namieszała mu ostatnimi czasu w głowie. Wcześniej poznał już jej starszą siostrę Bellatrix, która zrobiła na nim ogromne wrażenie. Zarówno Bella jak i Cyzia odznaczały się od wszystkich odwagą, kulturą. Były nadzwyczaj piękne i tak jak prawie każda czystokrwista rodzina ceniły sobie czystą krew i etykietę. Przez cały rok nauki nie można było nazwać uczuć jakie panują pomiędzy nim a młodszą Black. Od początku blondynka wypowiedziała mu wojnę, gdyż chyba jako jedyna skutecznie odparła jego urok osobisty, gdyż podczas kolacji pierwszego dnia pobytu w Hogwarcie wylała na niego dzban soku dyniowego, co wywołało śmiech wszystkich uczniów szkoły. Znienawidził ją, ale ona miała coś w sobie. Coś co go do niej przyciągało. Ba ! Często zazdrościł różnym chłopcom, z którymi Narcyza rozmawiała, śmiała się lub choćby wychodziła gdzieś po lekcjach. Nie mógł jednak powiedzieć, że się w niej zakochał, co to, to nie. Lucjusz Malfoy nie daje się poddawać byle komu. A na pewno nie jakiejś tam dziewczynie. Jednakże zobaczył ją teraz, stała na środku korytarza, a wokół niej krążyło dwóch trzecioklasistów. Byli obrzydliwi. Ich skórę na twarzy pokrywały pryszcze, a na nosie obu chłopców spoczywały wykrzywione okulary. Widać było, że są rozwścieczeni z powodu nie udanego podrywu Black. Oboje zaczęli krzyczeć na Narcyzę i dokuczać jej.
- No tak tego można było się spodziewać.- zakpił w myślach Lucjusz. – Ci idioci chyba nie wiedzą z kim zadzierają.
Podszedł bliżej, tak, aby go zobaczyli. Malfoy niemal, że dorównywał im wzrostem, nawet był nie co wyższy. Bez problemu obezwładnił ich i stali teraz tak bez różdżek. Uciekli w popłochu panicznie bojąc się Lucjusza. Ten odgarnął tylko włosy i podbiegł do Cyzi. Pomógł jej wstać. Dziewczyna otrzepała szatę i podziękowała mu za pomoc, poczym lekko się uśmiechnęła. Lucjusz odwzajemnił ten uśmiech, a ta chwyciła go za dłoń i uścisnęła, w geście podziękowania. Następnie odwróciła się i zaczęła iść w stronę lochów.
Lucjusz nie mógł tego pojąć. Czyli pamiętała go jako jakiegoś dwunastoletniego idiotę, który jej pomógł ?
- Ty naprawdę mnie nie pamiętasz. – powiedział drżącym głosem. Pozostawił tak sam Narcyzę bez nikogo, bez żadnej pomocy. Nie mógł jej teraz oglądać. Nie mógł na nią patrzeć. Sam jej widok cholernie go bolał. Popchnął wielkie wrota Skrzydła Szpitalnego. Czuł się bezsilny.
♦♦♦
Dwie młode dziewczyny siedziały razem na łóżku. Były to Vivienne Brightness oraz Narcyza Black- przyjaciółki od dzieciństwa, gdyż ich rodzice byli bliskimi kolegami już za czasów szkolnych. Ich radosne twarze oświetlał blask księżyca za oknem. Po dość długiej rozłące spowodowanej chorobą Cyzi miały sobie dużo do powiedzenia. O wiele za dużo. Viv raz po raz otwierała buzię, aby coś powiedzieć, a jej przyjaciółka siedziała tylko wpatrując się w nią z zaciekawieniem. Obu dziewczętom uśmiech nie schodził z twarzy.
- Czy ty to rozumiesz Cyzieńko ?! Augustus Rookwood rzucił tę idiotkę Greengrass ! Z tego, co wiem od Michelusa to przyłapał ją na całowaniu się z jakimś Krukonem ! Rozumiesz to Cyziu ?- plotkowała Brightness.
- Pewnie ktoś jej za to zapłacił. – śmiała się z rówieśniczki Black.- A jak w szkole ? Ciężko ? – spytała się. Vivienne zmarszczyła brwi i odetchnęła.
- Zdecydowanie. Ledwo wytrzymuje. Wszyscy wciskają nam masę pracy domowej. Ciesz się, że do ciebie przyszłam, bo mam jeszcze do napisania wypracowanie z transmutacji na 3 stopy ! McGonnagal chyba nas nienawidzi ! – odpowiedziała ze smutkiem w głosie Viv. Nagle przyjaciółki usłyszały szelest rozsuwającej się zasłony. Przed nimi stanęła starsza kobieta w szlafroku i czepku na głowie.
- Co ty tu jeszcze robisz młoda damo ? Która to już godzina ?! Chryste Panie wpół do dziesiątej ! Brightness koniec odwiedzin, już wynocha !- zaczęła przepędzać pielęgniarka. Vivienne szybko zebrała książki do starej skórzanej torby, ucałowała Cyzię w policzek i wyleciała ze Skrzydła Szpitalnego.
- Jak się czujesz maleńka ?- powiedziała potulnie staruszka wyciągając małe fiolki z eliksirami na stoliczek nocny.
- Ja szczerze powiedziawszy nie wiem. Dlaczego straciłam pamięć ? I dlaczego, niektóre rzeczy pamiętam, a inne nie ? – spytała się blondynka.
- Chodzi ci o tego młodzieńca, który przybiegł niemalże od razu po twoim przebudzeniu ?- Narcyza pokiwała znacząco głową.- To było do przewidzenia moja droga. To cud, że nie umarłaś. Ocalił się właśnie on. Lucjusz Malfoy, z tego co wiem jeden z najprzystojniejszych uczniów w szkole. Czystej krwi, starszy od ciebie o rok. Pamiętam jak przybiegł tu ze łzami w oczach i z tobą w ramionach. Ktoś podał ci Wywar Żywej Śmierci i to w śmiertelnej dawce. Uwierz mi to dziwne, że cokolwiek pamiętasz. – uśmiechnęła się smutno kobieta.
- Czy….czy my…jesteśmy parą ?- spytała się z nadzieją Cyzia.- Wie pani o co mi chodzi. Ja i ten cały Malfoy ?
- Niestety nie mogę odpowiedzieć ci na to pytanie. Spróbuj sama. Chyba nie jesteś dla niego byle kim skoro przychodził tu niemal codziennie, nawet czasami zasypiał właśnie tu obok ciebie.
- Naprawdę ? On tu był ? – Narcyza nie otrzymała odpowiedzi. Usłyszała tylko ciche dobranoc od pielęgniarki. Nie pozostało jej nic tylko wyczekiwać następnego dnia. Otuliła się szczelnie śnieżnobiałą kołdrą i przymknęła oczy. Zasnęła.
♦♦♦
Obudził ją ciepły dotyk czyjejś ręki. Zaczęła śmiać się jak głupia, bo spowodowało to łaskotki. Był środek nocy, a więc prawie nic nie było widać. Narcyza lekko otworzyła oczy. Czuła ciepły oddech na jej piersi. Znów się zaśmiała.
- Cholera Cyziu bądź cicho.- rozkazał jej męski głos. Black posłusznie stłumiła śmiech w sobie. Silne ręce podniosły ją z posłania. Wtuliła się w nieznaną jej osobę, a ręce zaplotła na szyi. Jej policzek lekko musnął kosmyk platynowych włosów.
- O Merlinie.- powiedziała w myślach dziewczyna. Wiedziała kim jest chłopak, który niósł ją teraz. To był Lucjusz Malfoy. W ciągu tej nocy dawnych wspomnień jakby przybyło, lecz widziała je jak przez mgłę. Część jej ciała chciała wyrwać się z porządnego uścisku Malfoy’a, lecz dała za wygraną. Lucjusz pogłaskał jej czoło, chcąc chyba ją uspokoić. Nagle uderzyła ją silna fala zimna. Zorientowała się, że wyszli z Zamku. Popatrzyła się pytająco na Lucjusza jakim sposobem wydostali się z Hogwartu.
- Jestem perfektem. A mając do tego jeszcze wpływowych rodziców mogę robić tak naprawdę co tylko zechcę.- wyszeptał jak najciszej. Po uzyskaniu odpowiedzi Narcyza powoli przyzwyczaiła się do zimna. Lucjusz ogrzewał ją całym ciałem, co bardzo jej się podobało. Chciała zostać dłużej w ramionach chłopaka. Stoooop. Jak mogła tak mówić ? Przecież to ten sam Lucjusz Malfoy jakiego choć trochę pamiętała. Nie mogła przebaczyć mu wszystkiego i tak o wtulać się w niego. Ale było jej tak przyjemnie. Znowu poddała się rozkoszy. Po chwili jej oczom ukazało się olbrzymie, przepiękne jezioro. Jego tafla wody odbijała księżycowe światło, co dawało cudowny efekt. Malfoy usadowił ją na zimnej, kamiennej ławce i usiadł obok niej. Niemal natychmiast przytulił ją do siebie. Delektowali się razem tym widokiem.
-Czemu mnie tu zabrałeś ?- spytała się Black.
-Ja… ja, nie podoba ci się tak ?- chłopak odsunął się szybko i wstał. Narcyza zadrżała.
- Lucjuszu tu jest wspaniale. – podeszła do niego. – Tylko nie wiem dlaczego zabrałeś tu właśnie mnie? Mnie Cyzię. – powiedziała cicho i spuściła głowę. Chłopak złapał jej podbródek i uniósł ku górze. Patrzyła teraz w jego metalowe tęczówki, które srebrzyły się w świetle księżyca. Mogła powiedzieć, że ją hipnotyzowały. Lucjusz przyciągnął ją do siebie nie tracąc kontaktu wzrokowego. Musiała przyznać, że czuła się nieswojo w tej sytuacji, ale czekała też jak dalej się potoczy. Blondyn odgarnął kosmyk jej włosów za ucho.
- Zimno ci ?- wyszeptał. Narcyza przytaknęła. – To zaraz nie będzie.- odpowiedział uwodzicielsko, zarazem władczo. Rzeczywiście miał on rację. Jego twarde usta ogrzały całe jej zmarznięte ciało. Nawet się nie zastanowiła, a odwzajemniła pocałunek. To był chyba najlepszy moment w jej życiu. Wszystkie wspomnienia zaczęły krążyć jej w głowie. Wróciła jej pamięć. Nie to się jednak liczyło. Czuła się teraz taka potrzebna, ale nic nie mogła zrobić. Pocałunek stawał się co raz bardziej namiętny i dziki. Zupełnie odpłynęła w jego ramionach. Nie wiedziała ile czasu minęło. Nie czuła już przeszywającego jej ciało zimna, a ciepło, wręcz gorąco bijące z jej środka. Stali tak jeszcze dość długo nie zwracając uwagi na nic. Po prostu zapomnieli o bożym świecie.
wtorek, 28 stycznia 2014
Rozdział V - Hej, kim jesteś ?
Minął już prawie miesiąc od tragicznych wydarzeń związanych z Narcyzą Black, lecz o całym zajściu dalej szemrała cała szkoła. Przez pierwsze kilka dni stanowiło to główny temat rozmów nie tylko Ślizgonów jak i pozostałych uczniów, nawet Gryfonów. Sprawca dalej nie został odnaleziony, co budziło panikę. Jedyną informacją jakiej się dowiedzieli jest to, że tydzień przed otruciem z gabinetu profesora Slughorna zniknął Wywar Żywej Śmierci i to w dość dużej ilości.
Lucjusz Malfoy chyba najbardziej cierpiał z powodu choroby Black. Od pewnego czasu ciągle wyglądał na niewyspanego, zmęczonego i nieobecnego, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej. Taka była też prawda. Chłopak ciągle rozpamiętywał bieg zdarzeń z tamtej feralnej nocy.
Retrospekcja
-Dobry Boże co jej się dzieje ?! – łkała Vivienne Brightness. Wybiegła szybko po schodach i uklękła przed przyjaciółką oraz Malfoy’em. Zaczęła potrząsać jej ciałem, wręcz rzucać nim o ziemię, lecz bez skutku. Patrzyła się tępo na Narcyzę przez szkliste oczy, z których po chwili powoli zaczęły spływać słone łzy. Nie mogła dopuścić do siebie myśli, że nigdy więcej nie zobaczy uśmiechniętej twarzy przyjaciółki, nie usłyszy jej perlistego śmiechu, nie ujrzy jak tak słodko się denerwuje. Zdała sobie sprawę jak bardzo tęskniłaby za Cyzią. Poczuła jak ktoś od głaszcze ją delikatnie po plecach. Odwróciła się i przytuliła mocno Alecto i wypłakiwała się w jej ramię, natomiast sama Ecto również nie powstrzymywała płaczu. Michelus wraz z Amycusem niedowierzali w to co się dzieje. Dafne Greengrass cicho otarła łzy i przytuliła się do Rookwooda. Pius Thicknesse upuścił butelkę piwa kremowego, a pozostali wpatrywali się w Lucjusza z niedowierzaniem.
- Co się tak gapicie ?! Spadajcie z tąd!- krzyknął w ich stronę blondyn i wziął Black na ramiona ciągle patrząc na jej bladą twarz, która powoli robiła się fioletowa. Biegnął do Skrzydła Szpitalnego co tchu, nie zważając na to, że potrąca jakiś uczniów. Narcyza zaczęła powoli drgać, a z ust napływała jej krew, którą się dławiła. Lucjusz starał się nie patrzeć na cierpiącą dziewczynę, bo to przyprawiało go o ból, który stawał ł nie do zniesienia. Mocno kopnął ciężkie wrota i głośno nawoływał o pomoc. Po chwili zza kotary wybiegła młoda kobieta ze zdenerwowaną, lecz łagodną twarzą.
- Co ty tu wyprawiasz ?Jest wpół do dwunastej młodzieńcze, a poza tym budzisz mi pacjentów ! – upominała go pielęgniarka, lecz, gdy zobaczyła leżącą w jego ramionach dziewczynę z przerażoną miną wskazała na pobliskie łóżko, aby ją tam położył. Posłuchał jej i delikatnie ułożył Cyzię na śnieżnobiałej pościeli. Z jej ust dalej spływała bordowa krew, a w oczach widział obłęd. Zaczął cichutko płakać, oparł swoją głowę na jej piersi i złapał ją za rękę, która była lodowata. Nie słuchał rozkazów pielęgniarki o wyjście ze skrzydła. Nie mógł opuścić jego Cyzi w takim stanie. W końcu jednak uległ prośbom i wyszedł ze Skrzydła. Oparł się o wysoki filar, który stał naprzeciwko drzwi. Kiedy wzejdzie słońce będzie mógł odwiedzić Narcyzę i przy niej czuwać. Płakał jeszcze z bezsilności jakąś godzinę, aż w końcu zmęczenie przejęło nad nim kontrolę i zasnął.
Każdego dnia te sceny powracały do niego jak koszmar. Chciał dorwać tego, kto jej to zrobił i zabić własnymi rękoma. Stanu Black nie można było określić. Miała swoje dobre jak i złe dni. Przez cały miesiąc Lucjusz był przy niej. Często sam godzinami przesiadywał przed nieprzytomną dziewczyną, nawet czasem zasypiał przy niej na krześle modląc się w duchu, że następnego dnia ona obudzi się i ponownie ujrzy jej piękne błękitne oczy. Opuścił się strasznie w nauce tracąc przy tym pozycję prymusa i zyskując naganę od rodziców, na którą nawet nie raczył odpowiedzieć. Nawet nie będzie się starał zdawać SUM’ów, gdy Narcyza jest w Skrzydle Szpitalnym. Wertował teraz kartki podręcznika do transmutacji pod tytułem „Transmutacja w pigułce- z nami na pewno zdasz”, którą przysłali mu jego rodziciele, lecz szczerze wątpił czy ta beznadziejna lektura w czymkolwiek mu pomoże. W Pokoju Wspólnym panował lekki zamęt, gdyż była to pora obiadowa i wszyscy uczniowie schodzili do Wielkiej Sali. Lucjusz nie miał ochoty na jedzenie. Musiał przyznać, że sporo schudł. Zawsze to planował, choćby kilka kilogramów, lecz zdał sobie sprawę, że nie wyprzystojniał. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Jego stalowe oczy były podkrążone i smutne. Twarz wyraźnie zmęczona. Wychudły i wysoki. Uśmiechnął się, lecz nie był to szczery uśmiech. Wyszedł z tego jakiś krzywy grymas.
-Ja, ja….. ja przepraszam Lucjuszu.- podszedł do niego jakiś pierwszoroczniak z wystającymi zębami.
- Słucham?
- Mam dla ciebie informacje ze Skrzydła Szpitalnego.- powiedział drżącym głosem.
- Co?- blondyn przejawił oznaki zainteresowania.- Gadaj szybko.
- Chodzi o Narcyzę Black tę blondynkę.
- Do cholery wiem kto to Narcyza idioto ! – krzyknął na niego i rzucił książką o podłogę, co spowodowało szybsze oddychanie pierwszoroczniaka.
- O..ona…. się… obudziła.- burknął cicho i odszedł.
Lucjusz stanął jak wryty. Jego serce zaczęło bić o wiele szybciej. Wybiegł z Pokoju Wspólnego. Za chwilę ją zobaczy. Już za moment.
♦♦♦
Po kilku minutach wszedł do Skrzydła Szpitalnego. Poczuł woń perfum Narcyzy i zapach lakieru do paznokci. Rozejrzał się po Sali, lecz zobaczył tylko jedno zajęte łóżko zakryte białymi zasłonami, które pewnie należało do Black. Podszedł do niego, lecz drogę zagrodziła mu pielęgniarka. Przytrzymała go za nadgarstek i nie chciała puścić.
- Ty do niej, tak ? – spytała.
- Tak, czy może mnie pani już puścić ?
- Ależ oczywiście młodzieńcze, chce tylko powiedzieć, że pacjentka jest jeszcze zmęczona. Możesz u niej zostać tylko kilka minut- odpowiedziała, lecz w głowie Lucjusza zabrzmiało to jak „Chyba całą wieczność”.
Odsunął powoli zasłonę, jakby bał się co tam ujrzy. Siedziała prosto na łóżku, malując paznokcie u rąk na czarny kolor. Nuciła pod nosem piosenkę. Po chwili jej oczy spoczęły na Lucjuszu. Chwile mu się przypatrzyła i zmrużyła oczy. Uśmiechnęła się do niego szczerze i skinęła na krzesło stojące obok łóżka.
- Przepraszam może to dziwnie zabrzmi, ale kim ty jesteś ?- spytała się najnormalniej w świecie.
Lucjusza zamurowało.
piątek, 24 stycznia 2014
Rozdział IV - Co złe to kusi
W Wielkiej Sali panował zamęt i hałas. Wszyscy uczniowie zbiegali się na obiad. Słychać było krzyki czarodziei, śmiechy i pohukiwanie sów, które już drugiego dnia szkoły dostarczały listy do swych właścicieli. Pierwszoroczniacy patrzyli na latające półmiski z wielkim zdziwieniem i przerażeniem, z resztą jak na wszystko w zamku. Ktoś zbił szklankę, inny wysypał na blat podłużnych stołów puree ziemniaczane. Zawsze znajdą się właśnie tacy geniusze. Całe to zajście można było opisać jednym słowem- chaos. Jak zwykle.
Syriusz dłubał widelcem w swoim ryżu curry. Całe przedpołudnie udawał, że nic się nie stało podczas śniadania. Wmawiał sobie, iż tego zdarzenia z Viv nie było. Okłamywał swoich przyjaciół jak i samego siebie. Źle to wszystko rozegrał, pośpieszył się, a teraz mógł stracić wymarzoną dziewczynę jednym głupim wybrykiem. Dla niego Vivienne Amy Brightness była kimś więcej niż tylko przyjaciółką. Miał sto dziewczyn, do których nie żywił żadnego uczucia, a ona była inna. Jeszcze nie był do końca pewien, czy to ten sam rodzaj miłości jakim Rogacz darzy Lily, ale nigdy nie czuł się tak dziwnie, gdy spotykał Vi. Te motyle w brzuchu, spocone ręce i ciągłe myśli o niej sprawiały, że dostawał szału.
Wymieszał w końcu mięso, ryż i sałatkę ze sobą, co dawało niezbyt dobry efekt. Chłopakowi od nie chciało się jeść tego jedzeniopodobnego czegoś. James ciągle mówił coś do niego, lecz do Syriusza dochodziły tylko urywki zdań. Evans……kawał….dziewczyna….Smarkerus….trening…..złoty znicz. Nic nie sklejało się w sensowne zdanie. Brunet kiwał tylko głową i od czasu do czasu mruknął „yhm” lub „ok.”. Jego wzrok biegał po stole Ślizgonów chcąc złapać spojrzenie Narcyzy. Musiał z nią poważnie pogadać. W końcu ją znalazł. Przeżuwała z zacięciem kawałek pomidora ,posyłając każdemu mordercze spojrzenie. Obecna postawa panny Black nie wynikała z podłego nastroju, lecz ze skupienia na jedzeniu. Blondynka nigdy nie lubiła rozmawiać w czasie posiłku. Gdy w końcu go dostrzegła uśmiechnęła się lekko. Jej kuzyn odwzajemnił miły gest. Dziewczyna zaczęła wskazywać głową do wyjścia. Syriusz od razu zrozumiał o co chodzi. Przeprosił znajomych i prawie niezauważalnie wyszedł. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że ta dwójka potajemnie się przyjaźni, gdyż wpłynęłoby to nie tylko źle na sytuacje w domu Cyzi, ale też ich reputację.W końcu wiadomo, że Dom Węża nie kumpluje się raczej z Gryfonami. Wyszli razem i szybko pobiegli na siódme piętro, w ich ulubione miejsce, gdzie nikt nie mógł ich znaleźć.
♦♦♦
Lucjusz zaczął obawiać się o Narcyze. Niby nie wyrażała do niego wściekłości po incydencie w Ekspresie Hogwart, ale czuł, że nie jest dobrze. Cyźka nie odzywała się do niego. Nawet nie rzucała do niego jakiejś kąśliwej uwagi na temat jego ubioru lub zachowania jak zazwyczaj to robiła. Z jednej strony cieszyło go to, ale z drugiej tęsknił za tym. Nie mógł jej przecież przeprosić. To byłoby niezgodne z etykietą Malfoy’ów. Rozmyślania przerwała mu Bridgiet.
- To jak kochanie ? Coś ty taki poważny ?- zamruczała mu do ucha i rozpięła jeden przezroczysty guziczek od koszuli.
- Możesz przestać? – skarcił ją Lucjusz i szybko wstał od stołu. Widząc zdziwioną minę Henderson przeprosił i musnął tylko ustami jej policzek.
♦♦♦
Słońce chyliło się ku zachodowi. Kuzynostwo opierało się o wysoką ścianę siedząc na parapecie. Oboje potrzebowali tej rozmowy. Nie widzieli się całe lato, gdyż Syriusz unikał spotkań ze swoją najbliższą rodziną, a co dopiero z dalszą. Narcyza wspierała go jak mogła, bo wiedziała, że jest mu ciężko. Pod maską huncwota i przystojniaka krył się mały, wrażliwy, ale silny Syriusz jakiego Cyzia pamięta z czasów dzieciństwa. Był chyba jej najbliższym krewnym nie licząc Andromedy i Bellatrix. Kochała go jak brata, którego nigdy nie miała.
Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Jak to przyjaciele, on jej słuchał, a potem sam się żalił. W końcu dobrnęli do dość skomplikowanego tematu.
- Powiedz mi o co chodzi z Vivienne.- powiedziała stanowczo Narcyza.
- No cóż, o nic nie chodzi. Przynajmniej tak mi się zdaje.- odpowiedział niepewnie niewiedząc,że jego kuzynka wie o porannej katastrofie.
- Nie kłam mi w żywe oczy. Wszystko już wiem. Vi mi powiedziała.
- Nie jestem pewny czy cokolwiek do niej czuję. Naprawdę ! – krzyknął.
- Oj proszę cię, Vivienne ci się podoba, a ty jej. Powiedz mi czy jest jakiś sens, aby się okłamywać ?
Syriusz popatrzył się na nią ze zdziwieniem. Nie mógł uwierzyć w przed chwilą wypowiedziane przez kuzynkę słowa.
-Serio jej się podobam ?
- Znaczy, no może ? Przecież ciągle na ciebie patrzy i widzę, że jest zazdrosna kiedy z tobą rozmawiam.
- Czyli mam jakieś szanse tak ? Mam ?- powiedział i zeskoczył z parapetu.
- Nadzieja umiera ostatnia, ale musisz mi coś obiecać. – odpowiedziała poważnie i popatrzyła mu prosto w oczy.- Nie możesz jej zranić. Ona przechodzi teraz przez trudny okres. Nie możesz jej tego zrobić. Zostaw ją na razie dobrze? – odezwała się cicho patrząc w podłogę.
- Okej.- mruknął Syriusz.- No zeskakuj już czas na nas.- Cyzia zeskoczyła na podłogę i wygładziła sukienkę.
- Jak wyglądam ?
- Ślicznie.- komplementował Syriusz.- Mam propozycje.- uśmiechnął się po huncwocku.- Może tak mały wyścig do Pokoju Życzeń ?
- Tylko nie płacz jak przegrasz, a i wszystkie chwyty dozwolone. – krzyknęła Narcyza i pobiegła przed siebie.
Syriusz niemal od razu dogonił Cyzię, ale ta zaskoczyła go i podłożyła mu nogę. Co jakiś czas rzucali do siebie zaklęcia Immobulus*, Drętwota, a nawet czasem Bombardo Maxima na co Narcyza wybuchała śmiechem, wyczarowywali kałuże błota i potem w nie wpadali, a kiedy Black prawie dobiegała do Pokoju,Syriusz jednym zaklęciem odepchnął ją od nich i potem pomógł jej wstać.
- Remis moja droga.- skłonił się jak gentelman i wyciągnął dłoń do kuzynki.
- Spadaj Black ! – krzyknęła powstrzymując się od śmiechu. Nagle podbiegła do Syriusza i mocno go przytuliła. Tak bardzo potrzebowała teraz czyjegoś wsparcia. Tylko jej kuzyn,Vivienne i Alecto wiedzieli, że Narcyza wcale nie jest tak bardzo wytrzymała jak oczekują tego po niej jej rodzice i siostra. Płakała. Płakała i to dość często, nawet z byle powodu. Nie dałaby rady bez swoich przyjaciół.
- Dziękuje ci za wszystko. – powiedziała i pocałowała go mocno w policzek, poczym odeszła, machając mu na pożegnanie.
♦♦♦
Narcyza po kolacji udała się od razu do dormitorium, aby porozmawiać jeszcze z przyjaciółkami. Jeszcze nie zdążyła nawet wymienić kilku słów z Alecto. Stęskniła się za nią, jednak, gdy weszła do pomieszczenia nikogo tam nie zastała. Okno było dziwnie uchylone, co zmartwiło Cyzię. Najdziwniejsze w tym było jednak to, że na jej półeczce leżał mały flakonik. Najpierw nie zwrócił uwagi dziewczyny, lecz po chwili zaczął ją drażnić. Miliony pytań zaczęło krążyć w głowie Black. W końcu podeszła do stoliczka i wzięła go do ręki. Płyn miał ciemny kolor. Był czarny, lecz pływały w nim srebrne drobinki. Narcyza pociągnęła za korek i poczuła gorzką woń. Wpadła na pomysł wypicia nieznanego eliksiru. Jak pomyślała tak zrobiła. Rzuciła szklany flakonik na ziemię i podążyła w stronę Pokoju Wspólnego. Stanęła na schodach i zaczęło wirować się jej w głowie. Krzyki Ślizgonów stawały się co raz cichsze. Oparła się ręką o drewnianą poręcz. Poczuła mocny ból głowy i uczucie jakby coś paliło się w jej płucach. Ostatkami sił spojrzała na Malfoya, Alecto, Michelusa i Vivienne wchodzących do Pokoju. Zobaczyła na ich twarzach przerażenie. Dała za wygraną bólowi i upadła na zimną podłogę. Pojedyncza łza spłynęła jej po bardzo jasnym, prawie białym policzku. Ostatnim obrazem, który ujrzała były zimne, metalowe oczy. Ktoś położył rękę na jej lewej piersi i przytrzymał głowę.
- Black, coś ty zrobiła.- usłyszała zrozpaczony, męski, znajomy jej głos i ze zmęczenia zamknęła oczy lecąc w dół.
piątek, 10 stycznia 2014
Rozdział III - Nie zepsuj tego
Przyjaciółki zmierzały do lochów. Gdy weszły do Pokoju Wspólnego nie zauważyły już prawie nikogo oprócz kilku śpiących Ślizgonów.
No tak. – pomyślała Narcyza- Dziś była impreza powitalna.
Tak długo siedziały na Wieży , że, aż o tym zapomniały. Jednak nie żałowały tego, bo raczej nie chciały się upić już pierwszego dnia szkoły. Wiedziały, że na imprezy przyjdzie jeszcze czas. Wyszły cicho po schodach i ruszyły ku swojemu dormitorium.
Vivienne otworzyła drzwi. Cyzia stanęła w przejściu i dokładnie przyjrzała się pomieszczeniu. Tak dawno jej tu nie było, ale jednak wszystko było takie same, wszystko było na miejscu. Pokój był średniej wielkości, lecz wystarczało trzem dziewczynom. Dominowały w nim klasyczne kolory: biały, który górował nad czarnymi akcesoriami. Każda dziewczyna sama przystrajała swoją ścianę, gdyż wszystkie miały do dyspozycji tylko jedną. Po wejściu do pokoju ta po lewej należała do Alecto. Była to chyba najbardziej uporządkowana część pokoju i najbardziej dziewczęca. We flakonie z wodą stały świeże białe tulipany nie wiadomo skąd wzięte przez Ecto. Całą szafkę nocną przystrajały świece zapachowe, które uwielbiała. Kąt Vivienne nie wyróżniał się prawie niczym od mnóstwa książek ( głównie romansideł z nieszczęśliwym zakończeniem), wieloma obrazami, pędzlami i tubkami farb powywalanych na podłogę. Artystyczna dusza. Natomiast Cyzia miała sentyment do zdjęć. Cała ściana zakryta była zielonymi lub czarnymi ramkami z fotografiami jej, jej rodziny oraz przyjaciół. Na ostatniej ścianie stały oparte trzy duże, czarne szafy, ale pomimo to i tak większość ubrań niedługo będzie porozrzucana poza nie. Na środku położony był puszysty dywan, który w tej chwili oświecała przepiękna mozaika z kryształów przedstawiająca węża,która ułożona była na całym suficie. Narcyza uwielbiała tu przebywać i to właśnie z tym miejscem związanych miała wiele wspomnień.
Alecto już spała, ale widać było po niej, że właśnie wróciła z imprezy i, że jest upita. Pozostałe współlokatorki nie chciały jej przeszkadzać, więc szybko się umyły i wskoczyły do swoich łóżek. Black spojrzała jeszcze kątem oka na zegar, który pokazywał godzinę 3:15. Nie miało to w tej chwili większego znaczenia, gdyż jutro jest sobota, dzień wolny od nauki. Zamierzała ją spędzić na przebywaniu wraz z przyjaciółmi na leniuchowaniu. Narcyza przymknęła oczy. Była bardzo zmęczona dzisiejszymi przeżyciami, a ból ręki dalej jej doskwierał. Rozluźniła się jednak i zasnęła.
♦♦♦
Vivienne obudziły mocne promienie słońca. Schowała głowę pod poduszkę i próbowała kontynuować sen, lecz bezskutecznie. Wstała z łóżka i zobaczyła na łóżku skuloną w kłębek Alecto i rozwaloną na całym łóżku Narcyzę na drugim. Zaśmiała się cicho pod nosem i poszła do łazienki. Ta również była w odcieniach bieli, ale także beżu. Umyła szybko twarz i ubrała się w bordodwą, przylegającą do ciała spódniczkę oraz krótką, czarną bluzkę. Nałożyła też czarne niskie trampki, wyczesała włosy, pomalowała lekko usta szminką tego samego koloru, co spódnica i wybiegła do Wielkiej Sali. Nie było tam prawie nikogo prócz kilku Kruponów, dwóch Puchonek oraz jednego samotnie siedzącego Gryfona, w którym Viv rozpoznała jednego z jej przyjaciół, Syriusza Black’a. Podeszła do niego i zakryła mu oczy swoimi rękoma.
- Zgadnij kto to mój Syriuszku.- powiedziała chichocząc Viv.
- Przestań Vi ! Zabieraj te cuchnące kwiatami łapy ! – zaczął krzyczeć i rzucać się Syriusz.
-Och no dobra.- odpowiedziała i usiadła naprzeciw chłopaka.
Zaczęli ze sobą rozmawiać i opowiadać o wakacjach. Syriusz opowiadał kawały i razem się z nich śmiali. I nagle dziewczyna ujrzała uśmiech chłopaka nie ten wymuszony, ale ten prawdziwy i czarujący. To szczęście w jego oczach. Zobaczyła jak jego ręka dotyka jej dłoni i zaczyna lekko ją głaskać. Po całym ciele przeszły jej takie lekkie i przyjemne dreszcze. Nagle usłyszała ten bajeczny i niski głos.
- Haloooo, ziemia do Vivienne. Jest tam ktoś ? – zaśmiał się Syriusz.
- Uch, tak,tak. Przepraszam cię, ale chyba już na mnie pora.
- Ok, trudno. Może jeszcze się dziś spotkamy ?
- No pewnie. To do zobaczenia Łapo.- uśmiechnęła się do niego.
Chłopak podszedł do niej i spojrzał w jej brązowe oczy. Czuł jej liliowe perfumy. Zamknął oczy, chwycił jej chłodną rękę i zbliżył się do niej. Czuł jej co raz szybszy oddech i łomotanie serca. Jej blade usta były co raz bliżej jego malinowych.
- Nie Syriuszu. Przepraszam ja nie… - urwała zdanie, odsunęła się od niego i odeszła do wyjścia, pozostawiając tak go samego. Stał teraz jak palant i tylko odprowadzał wzrokiem blondynkę.
♦♦♦
Siedziała już na tym parapecie jakieś pół godziny, ale dalej nic nie rozumiała. Przecież Syriusz to był jej przyjaciel. Kocha ją ? Czy to raczej jakiś kolejny dwutygodniowy związek ? Teraz to już nie miała pojęcia, czy sama czuje coś więcej. Nawet nie miała pewności, że czuje cokolwiek do Amycusa. Cała ta sytuacja podczas śniadania była dość dziwna. Najpierw normalnie rozmawiali, a potem chciał ją pocałować ? To raczej nie realne. Może źle to odebrała ? Może to był zwykły żart, bo to przecież w stylu Syriusza. Nie mogła zapomnieć jaka szczęśliwa była kiedy złapał ją za dłoń, gdy czuła jego oddech na swojej piersi. Chciała żeby ją pocałował, ale nie chciała z nim chodzić. Wiedziała jak to się skończy. Pochodzi z nią, a potem żuci, bo mu się znudziła. Nie mogła do tego dopuścić. Rozmyślania przerwała Cyźka, która biegnąc po korytarzu wrzeszczała do niej.
- Salazarze ile ja się ciebie naszukałam ! Wychodzisz sobie od tak i nic mi nie mówisz ! A jak plączę cię jak głupia po całym zamku i nie mogę cię znaleźć.
- Przepraszam Cyziu. Nie budziłam cię bo sama wstałam o 6, a ty o której ? O prawie 10. No widzisz, chciałaś tak wcześnie wstawać ?
- No już dobrze, a co ty tu tak siedzisz i rozmyślasz ?
- Ech… No więc musisz mi pomóc.- powiedziała mocno zakłopotana Brightness i zaczęła wszystko opowiadać. Oczywiście nie obyłoby się bez wcinania się co chwila Narcyzy do monologu Viv, ale jakoś dobrnęła do końca.
- O Merlinie ! – piszczała Cyzia i skakała po kamiennej posadzce.- uspokoiła się trochę i powoli powiedziała- Jeden z największych przystojniaków w Hogwarcie, czarodziej czystej krwi, mądry i zabawny, a w dodatku kuzyn pięknej i utalentowanej Narcyzy Black,– te pięć ostatnich słów mocno zaakcentowała i zaszczebiotała rzęsami.- się w tobie zakochał ! Czy ty to rozumiesz ?! Syriusz Black pewnie myśli o tobie dzień i noc i chce cię zdobyć !- wrzeszczała z radości Cyzia.
- I co z tego ? Cyźka ja nawet nie wiem czy on mi się podoba. A co z Amycusem ? On też chyba czuje do mnie coś więcej. Co ja mam zrobić ? – spytała się, zsunęła z parapetu i skoczyła przed przyjaciółkę.
Wielkie błękitne oczy wpatrywały się w nią z niedowierzaniem.
- No coś ty Vi ! Po co ty się martwisz ? Ciesz się życieeeem ! – wyśpiewała z radością Narcyza melodyjnym głosem i porwała przyjaciółkę do tańca. Vivienne zaczęła się śmiać.
- Ty jesteś jakaś nienormalna ! – mówiła Vi, tarzając się ze śmiechu- Nie wiem co ty bierzesz, ale dziś zdecydowanie to przedawkowałaś !
Tańczyły tak razem w świetle słońca i śmiały się do rozpuku. Obie wiedziały, że wszystko jest dobrze. Wiedziały, że nie wytrzymałyby bez siebie i rzeczywiście zgodnie ze wskazówkami Black cieszyły się teraz chwilą, życiem.
wtorek, 7 stycznia 2014
Rozdział II - Nawet to można przebaczyć
Narcyza otworzyła drzwi przedziału i wyszła. Na początku szła powoli, dumnie, jej wyraz twarzy był neutralny. Potem zaczęła przyspieszać. Biegła przez korytarz. Słyszała w oddali głos Lucjusza, który ją wołał i chichoty innych. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich. Widziała jakby przez mgłę ich śmiejące się z niej twarze. Nie znosiła tego. Teraz nic się dla niej nie liczyło. Chciała tylko cofnąć czas. Chciała pobiec za Vivienne, przeprosić i po sprawie, ale nie zrobiła tego. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to jej duma ją zatrzymała. Nagle otworzyła drzwi do łazienki. Na ścianie wisiało stare lustro. Miała przed oczyma obraz samej siebie. Zaczęła śmiać się histerycznie jak jakaś opętana. Jeszcze raz spojrzała na lustro. Wyglądała tak okropnie. Patrzyła tak, a jej głowie uroiły się myśli, że jest brzydka, gruba, nikomu niepotrzebna. Zwinęła rękę w pięść, zamachnęła się i mocno uderzyła w szkło. Lustro spadło i roztrzaskało się. Z dłoni Narcyzy spływała krew. Nie przejęła się tym. Wyszła z łazienki w dość opłakanym ( wiem idealne do sytuacji) stanie. W drodze do przedziału zobaczyła Vivienne. Opierała się o ścianę, a Amycus Carrow trzymał na jej talii dłoń. Wyglądali na szczęśliwych. Narcyza wiedziała od dawna, że oboje są w sobie zakochani i ta cała maskarada jest niepotrzebna. Jej przyjaciółka spojrzała na nią. Na jej twarzy pojawił się wyraz współczucia, ale potem przemienił on się w obojętność. Gdy Narcyza była w zły humorze to Vivi przytulała ją, pocieszała i oczywiście słuchała. Była tak dobrą i wierną przyjaciółką. Teraz nie miała na co liczyć. Wszystko zepsuła. Wyminęła parę przyjaciół i poszła do swojego przedziału, aby posiedzieć samotnie, aż do przybcia do Hogwartu.
♦♦♦
Po przybyciu na miejsce wszyscy uczniowie zebrali się w Wielkiej Sali. Lucjusz usiadł po środku całego stołu Slytherinu. Obok niego siedział Michelus, Alecto i Pius Thicknesse, a naprzeciwko Amycus i Vivienne. Nie miał pojęcia gdzie podziewa się Narcyza. Żałował tego, co zrobił w Ekspresie. Upokorzył ją i wiedział, że w takiej sytuacji jego plan zdobycia blondynki się opóźni. Spojrzał na Vivienne i spytał się poważnym tonem :
- Gdzie jest Black ?
- A co ? Zaczynasz się przejmować gdzie jest Cyźka ? – odpowiedziała oschle Brightness.
- Rozumiem, że się pokłóciłyście.
- Nie powinno cię to obchodzić, a z resztą sama tego chciała.
- Sądzę, że powinniście się pogodzić. Nie chcę słyszeć ciągłych kłótni w naszym dormitorium. –dorzuciła Alecto.
- Zgadzam się z tobą siostra- powiedział Amycus śmiejąc się.
- Zamknijcie się ! To nie wasza sprawa ! – zaczęła krytykować ich Viv. – Jesteście bandą…
- Debili. Tak wiemy.- dokończył za nią Michelus. – A teraz sama się przymknij, bo Tiara za chwilę zacznie śpiewać.
Na środek podestu weszła Minerwa McGonnagal, trzymając w ręce Tiarę Przydziału. Obok lewej ściany stali wszyscy pierwszoroczniacy. Wyglądali na przerażonych obecną sytuacją. Nagle oczy wszystkich uczniów zwróciły się na nakrycie głowy. Zaczęło się :
Lat temu tysiąc z górą,
Gdy jeszcze nowa byłam,
Założycieli tej szkoły'
Przyjaźń szczera łączyła.
Jeden im cel przyświecał
I jedno mieli pragnienie,
By swą wiedzę przekazać
Przyszłym pokoleniom.
"Razem będziemy budować!
Wiedzy pochodnię nieść!
Razem będziemy nauczać
I wspólne życie wieść".
Gdzie szukać takiej zgody
I tak głębokiej przyjaźni:
Czworo myślących zgodnie
I nie znających waśni.
Gryffindor i Slytherin
zgadzali się nawet w snach.
I zawsze widziano razem
Ravenclaw i Hufflepuff.
Jak więc taka przyjaźń
Już wkrótce się rozpadła?
Tego młodzież dzisiejsza'
Przenigdy nie odgadła.
Slytherin nagle oświadcza,
Że ani mu się śni,
Nauczać magii takich,
Co nie są czystej krwi.
Ravenclaw na to rzecze,
Że bystrych nauczać chce,
Gryffindor że ceni dzielność
Bardziej niż czysta krew.
Hufflepuff chce uczyć wszystkich,
Jak głośno oświadczyła.
Sporu nie rozstrzygnięto
Ja tego świadkiem byłam.
Bo każdy z założycieli
W domu swym rządzić chce,
Każdy przy swoim wyborze
Do końca upiera się.
Slytherin przyjmuje takich,
Co mają czystą krew,'
Co mają więcej sprytu
Od uczniów domów trzech,
Ravenclaw bystrych ceni,
Gryffindor dzielnych chce,
A Hufflepuff resztę uczy
Wszystkiego co sama wie.
Tak więc spór zakończono
I przyjaźń się umocniła,
Na wiele lat powróciła.
Lecz później znów niezgoda
Wśród czworga się zakrada,
Na błędach wykarmiona,
Czai się w sercach zdrada.
Domy, co jak filary
Dzielnie wspierały szkołę,
Zaczęły sobie nawzajem
Narzucać swoja wolę.'
I już się wydawało,
Że koniec szkoły bliski,
Że odtąd druh druhowi
Stanie się nienawistny,
Że miecz o miecz uderzy
I wnet poleje się krew,
Gdy wtem Slytherin stary
Odchodzi z zamku precz.
I choć ucichły waśnie,
Choć spory wygaszono,
Odtąd we wspólnym dziale
Już się nie jednoczono.
I dotąd zgodna czwórka
Niezgodna trójką się stała,
I odtąd domy Hogwartu
Dzieli różnica niemała.
A teraz mnie posłuchajcie,'
Wybiła wasza godzina,
Teraz Tiara Przydziału
Rozdzielać was zaczyna.
I chociaż nie wiem sama,
Czy błędu nie popełnię,
Ten przykry obowiązek
Dziś wobec was wypełnię.
Tak jak mi rozkazano,
Na domy was podzielę ,
Choć nie wiem , czy przypadkiem
Przyjaciół nie rozdzielę.
Choć nie wiem, czy mój wybór
Do zguby wiedzie wprost.
Musze wyboru dokonać,
Bo taki już mój los.
Czytajcie znaki czasu,
Poczujcie grozy tchnienie,
Bo dzisiaj Hogwart cały
Osnuły złowróżbne cienie.
Wróg z zewnątrz na nas czyha,
Śmiertelny gotując nam cios, .
Musimy się zjednoczyć
By złowrogi odwrócić los.
Wyznałam wam cała prawdę,
Niczego nie ukryłam
I Ceremonię Przydziału
Za chwilę rozpoczynam.
Sądząc po minach uczniów wszyscy byli zdziwieni słowami pieśni Tiary. Jeszcze nigdy ich przed niczym nie ostrzegała. Prawie wszyscy uczniowie nie wiedzieli kogo lub czego mają się obawiać, lecz wyjątkiem był Lucjusz Malfoy i paru innych Ślizgonów. Wiedział i to doskonale, ale nie był w stanie się do tego przyznać. Wstydził się tego…
♦♦♦
Patrzyła na piękny widok błoni z Wieży Astronomicznej. Nie chciała być teraz w Wielkiej Sali. Nie miała ochoty patrzeć w oczy swoich przyjaciół i okłamywać ich, że wszystko jest ‘’ok’’. Nie,nie było. Chciała przeprosić Vivienne. Tu miała się z nią spotkać. Zostawiła na jej nocnej szafce liścik. Miała nadzieję, że go przeczyta. Słyszała wrzaski uczniów wychodzących z Wielkiej Sali. Nie miała pojęcia czym się tak cieszyli. Dla niej nie było czym. Oparła się o zimną ścianę muru. Przymknęła oczy, a z nich spłynęła pojedyncza łza.
W końcu po kilkunastu minutach usłyszała cichy stukot koturn Vivienne idącej po schodach. Brightness podeszła do niej i splotła ręce na piersiach.
- Czego ode mnie chcesz Cyziu ? – spytała się wyniośle.
- Viv, ja, ja…- zaczęła jąkać się Black.
-Słucham.- powiedziała druga i usiadła na kamiennej ławce.
-Więc, chciałabym cię przeprosić. Nie dostrzegłam tego jak bardzo byłam zarozumiała. To prawda, że nie widziałam jak wiele dla mnie znaczysz. Jesteś wspaniała, piękna i naprawdę każdy chłopak może pozazdrościć Amycusowi. Jestem taka głupia, wybacz mi proszę cię…
-Cyziu, oczywiście, że tak, ale przecież to też moja wina. Tak bardzo cię kocham. Jak zobaczyłam, gdy płaczesz nie mogłam na to patrzeć. Cały dzień chodziłam jak na szpilkach. Wszystko przez ciebie Narcyziniu.- powiedziała z uśmiechem przez szloch Vivienne.
-Oj Vivienne.- powiedziała Cyzia szlochając i przytuliła przyjaciółkę.
- Chodźmy już do dormitorium, bo pewnie Ecto *się o nas martwi. – złapała Black za rękę i obie wybiegły z Wieży.
* zdrobnienie od Alecto ( nie wiem czy w ogóle takie coś istnieje xd )

