piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział IV - Co złe to kusi






W Wielkiej Sali panował zamęt i hałas. Wszyscy uczniowie zbiegali się na obiad. Słychać było krzyki czarodziei, śmiechy i pohukiwanie sów, które już drugiego dnia szkoły dostarczały listy do swych właścicieli. Pierwszoroczniacy patrzyli na latające półmiski z wielkim zdziwieniem i przerażeniem, z resztą jak na wszystko w zamku. Ktoś zbił szklankę, inny wysypał na blat podłużnych stołów puree ziemniaczane. Zawsze znajdą się właśnie tacy geniusze. Całe to zajście można było opisać jednym słowem- chaos. Jak zwykle.

Syriusz dłubał widelcem w swoim ryżu curry. Całe przedpołudnie udawał, że nic się nie stało podczas śniadania. Wmawiał sobie, iż tego zdarzenia z Viv nie było. Okłamywał swoich przyjaciół jak i samego siebie. Źle to wszystko rozegrał, pośpieszył się, a teraz mógł stracić wymarzoną dziewczynę jednym głupim wybrykiem. Dla niego Vivienne Amy Brightness była kimś więcej niż tylko przyjaciółką. Miał sto dziewczyn, do których nie żywił żadnego uczucia, a ona była inna. Jeszcze nie był do końca pewien, czy to ten sam rodzaj miłości jakim Rogacz darzy Lily, ale nigdy nie czuł się tak dziwnie, gdy spotykał Vi. Te motyle w brzuchu, spocone ręce i ciągłe myśli o niej sprawiały, że dostawał szału.

Wymieszał w końcu mięso, ryż i sałatkę ze sobą, co dawało niezbyt dobry efekt. Chłopakowi od nie chciało się jeść tego jedzeniopodobnego czegoś. James ciągle mówił coś do niego, lecz do Syriusza dochodziły tylko urywki zdań. Evans……kawał….dziewczyna….Smarkerus….trening…..złoty znicz. Nic nie sklejało się w sensowne zdanie. Brunet kiwał tylko głową i od czasu do czasu mruknął „yhm” lub „ok.”. Jego wzrok biegał po stole Ślizgonów chcąc złapać spojrzenie Narcyzy. Musiał z nią poważnie pogadać. W końcu ją znalazł. Przeżuwała z zacięciem kawałek pomidora ,posyłając każdemu mordercze spojrzenie. Obecna postawa panny Black nie wynikała z podłego nastroju, lecz ze skupienia na jedzeniu. Blondynka nigdy nie lubiła rozmawiać w czasie posiłku. Gdy w końcu go dostrzegła uśmiechnęła się lekko. Jej kuzyn odwzajemnił miły gest. Dziewczyna zaczęła wskazywać głową do wyjścia. Syriusz od razu zrozumiał o co chodzi. Przeprosił znajomych i prawie niezauważalnie wyszedł. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że ta dwójka potajemnie się przyjaźni, gdyż wpłynęłoby to nie tylko źle na sytuacje w domu Cyzi, ale też ich reputację.W końcu wiadomo, że Dom Węża nie kumpluje się raczej z Gryfonami. Wyszli razem i szybko pobiegli na siódme piętro, w ich ulubione miejsce, gdzie nikt nie mógł ich znaleźć.


♦♦♦

Lucjusz zaczął obawiać się o Narcyze. Niby nie wyrażała do niego wściekłości po incydencie w Ekspresie Hogwart, ale czuł, że nie jest dobrze. Cyźka nie odzywała się do niego. Nawet nie rzucała do niego jakiejś kąśliwej uwagi na temat jego ubioru lub zachowania jak zazwyczaj to robiła. Z jednej strony cieszyło go to, ale z drugiej tęsknił za tym. Nie mógł jej przecież przeprosić. To byłoby niezgodne z etykietą Malfoy’ów. Rozmyślania przerwała mu Bridgiet.

- To jak kochanie ? Coś ty taki poważny ?- zamruczała mu do ucha i rozpięła jeden przezroczysty guziczek od koszuli.

- Możesz przestać? – skarcił ją Lucjusz i szybko wstał od stołu. Widząc zdziwioną minę Henderson przeprosił i musnął tylko ustami jej policzek.
♦♦♦

Słońce chyliło się ku zachodowi. Kuzynostwo opierało się o wysoką ścianę siedząc na parapecie. Oboje potrzebowali tej rozmowy. Nie widzieli się całe lato, gdyż Syriusz unikał spotkań ze swoją najbliższą rodziną, a co dopiero z dalszą. Narcyza wspierała go jak mogła, bo wiedziała, że jest mu ciężko. Pod maską huncwota i przystojniaka krył się mały, wrażliwy, ale silny Syriusz jakiego Cyzia pamięta z czasów dzieciństwa. Był chyba jej najbliższym krewnym nie licząc Andromedy i Bellatrix. Kochała go jak brata, którego nigdy nie miała.
Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Jak to przyjaciele, on jej słuchał, a potem sam się żalił. W końcu dobrnęli do dość skomplikowanego tematu.

- Powiedz mi o co chodzi z Vivienne.- powiedziała stanowczo Narcyza.

- No cóż, o nic nie chodzi. Przynajmniej tak mi się zdaje.- odpowiedział niepewnie niewiedząc,że jego kuzynka wie o porannej katastrofie.

- Nie kłam mi w żywe oczy. Wszystko już wiem. Vi mi powiedziała.

- Nie jestem pewny czy cokolwiek do niej czuję. Naprawdę ! – krzyknął.

- Oj proszę cię, Vivienne ci się podoba, a ty jej. Powiedz mi czy jest jakiś sens, aby się okłamywać ?

Syriusz popatrzył się na nią ze zdziwieniem. Nie mógł uwierzyć w przed chwilą wypowiedziane przez kuzynkę słowa.

-Serio jej się podobam ?

- Znaczy, no może ? Przecież ciągle na ciebie patrzy i widzę, że jest zazdrosna kiedy z tobą rozmawiam.

- Czyli mam jakieś szanse tak ? Mam ?- powiedział i zeskoczył z parapetu.

- Nadzieja umiera ostatnia, ale musisz mi coś obiecać. – odpowiedziała poważnie i popatrzyła mu prosto w oczy.- Nie możesz jej zranić. Ona przechodzi teraz przez trudny okres. Nie możesz jej tego zrobić. Zostaw ją na razie dobrze? – odezwała się cicho patrząc w podłogę.

- Okej.- mruknął Syriusz.- No zeskakuj już czas na nas.- Cyzia zeskoczyła na podłogę i wygładziła sukienkę.

- Jak wyglądam ?

- Ślicznie.- komplementował Syriusz.- Mam propozycje.- uśmiechnął się po huncwocku.- Może tak mały wyścig do Pokoju Życzeń ?

- Tylko nie płacz jak przegrasz, a i wszystkie chwyty dozwolone. – krzyknęła Narcyza i pobiegła przed siebie.

Syriusz niemal od razu dogonił Cyzię, ale ta zaskoczyła go i podłożyła mu nogę. Co jakiś czas rzucali do siebie zaklęcia Immobulus*, Drętwota, a nawet czasem Bombardo Maxima na co Narcyza wybuchała śmiechem, wyczarowywali kałuże błota i potem w nie wpadali, a kiedy Black prawie dobiegała do Pokoju,Syriusz jednym zaklęciem odepchnął ją od nich i potem pomógł jej wstać.

- Remis moja droga.- skłonił się jak gentelman i wyciągnął dłoń do kuzynki.

- Spadaj Black ! – krzyknęła powstrzymując się od śmiechu. Nagle podbiegła do Syriusza i mocno go przytuliła. Tak bardzo potrzebowała teraz czyjegoś wsparcia. Tylko jej kuzyn,Vivienne i Alecto wiedzieli, że Narcyza wcale nie jest tak bardzo wytrzymała jak oczekują tego po niej jej rodzice i siostra. Płakała. Płakała i to dość często, nawet z byle powodu. Nie dałaby rady bez swoich przyjaciół.

- Dziękuje ci za wszystko. – powiedziała i pocałowała go mocno w policzek, poczym odeszła, machając mu na pożegnanie.

♦♦♦


Narcyza po kolacji udała się od razu do dormitorium, aby porozmawiać jeszcze z przyjaciółkami. Jeszcze nie zdążyła nawet wymienić kilku słów z Alecto. Stęskniła się za nią, jednak, gdy weszła do pomieszczenia nikogo tam nie zastała. Okno było dziwnie uchylone, co zmartwiło Cyzię. Najdziwniejsze w tym było jednak to, że na jej półeczce leżał mały flakonik. Najpierw nie zwrócił uwagi dziewczyny, lecz po chwili zaczął ją drażnić. Miliony pytań zaczęło krążyć w głowie Black. W końcu podeszła do stoliczka i wzięła go do ręki. Płyn miał ciemny kolor. Był czarny, lecz pływały w nim srebrne drobinki. Narcyza pociągnęła za korek i poczuła gorzką woń. Wpadła na pomysł wypicia nieznanego eliksiru. Jak pomyślała tak zrobiła. Rzuciła szklany flakonik na ziemię i podążyła w stronę Pokoju Wspólnego. Stanęła na schodach i zaczęło wirować się jej w głowie. Krzyki Ślizgonów stawały się co raz cichsze. Oparła się ręką o drewnianą poręcz. Poczuła mocny ból głowy i uczucie jakby coś paliło się w jej płucach. Ostatkami sił spojrzała na Malfoya, Alecto, Michelusa i Vivienne wchodzących do Pokoju. Zobaczyła na ich twarzach przerażenie. Dała za wygraną bólowi i upadła na zimną podłogę. Pojedyncza łza spłynęła jej po bardzo jasnym, prawie białym policzku. Ostatnim obrazem, który ujrzała były zimne, metalowe oczy. Ktoś położył rękę na jej lewej piersi i przytrzymał głowę.

- Black, coś ty zrobiła.- usłyszała zrozpaczony, męski, znajomy jej głos i ze zmęczenia zamknęła oczy lecąc w dół.

Zaczarowani